PARTNERZY

Portal Olsztyn.Gazeta.pl

www.beachvolleyball.pl - Siatkówka plażowa bez tajemnic

Oficjalna strona Pawła Zagumnego

TU ZAGLĄDAM

A jednak się kręci

Polka w Grecji

Space Jam
Kategorie: Wszystkie | Bieganie | Kultura | Pasje | Zdrowe odżywianie
RSS
niedziela, 18 września 2011
PESEL pędzi, ale wciąż daję radę

70 minut i 211 miejsce na 588 osób, które dobiegły do mety XIV Biegu Jakubowego w Olsztynie (dystans: 15 km). Rok temu byłem 137, ale jak powiedziała ostatnio jedna doktorka komentując wyniki kontrolne moich badań (warto robić takie raz w roku): „wyniki świetne, śmiercią naturalną, to pan szybko nie umrze, ale nie ma co się oszukiwać, PESEL pędzi”. Fakt, coraz bliżej mi do kategorii oldboy niż junior. Ale jak wspomniałem w tytule, jeszcze daję radę. Biorąc pod uwagę, że dzień wcześniej miałem przeprowadzkę, to poszło mi całkiem nieźle.



Ten gość z podniesionymi rękami, to ja. Autor foto: Tomasz Waszczuk (Agencja Gazeta). Dzięki „Dziekanie” za fotę!

 Organizatorzy Biegu Jakubowego też starają się, by biegacze byli zadowoleni.  I trzeba przyznać, że coraz lepiej promują miasto w Polsce. W zeszłym roku np. pamiątkowe medale (choć nie dla medalu rzecz jasna się biega, to jednak miły gift) były fatalne. W tym roku zaś - bardzo gustowne. Muszę się jednak odrobinę przyczepić (w dobrej wierze, by w przyszłym roku było jeszcze lepiej) o punkty z wodą na trasie. A właściwie o brak izotoników - na dystansie 15 km, przy takim cieple, to nieporozumienie. Do tego wolontariuszy, którzy dzielili wodą na pierwszym punkcie było za mało. Choć robili co w ich mocy, nie byli w stanie dać kubka wszystkim chętnym. A poza tym super. Olsztynianie wspaniale kibicowali zawodnikom, koszulki techniczne Crafta bardzo dobre, piękna pogoda, świetna, choć dość trudna trasa, bardzo dobre zabezpieczenie i super atmosfera. Mam nadzieję, że za rok, na XV Bieg Jakubowy, dobijemy do 1000 uczestników. To by było coś… 

22:34, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Lubawy nie podbiłem, ale warto było pobiec

250 entuzjastów biegania (wśród nich i ja) postanowiło spędzić niedzielne popołudnie ganiając po ulicach Lubawy. Zadanie nie było proste, ponad dwadzieścia stopni na termometrze (choć i tak w miarę rześko w porównaniu z blisko trzydziestoma stopniami w sobotę) i dość trudna trasa - nieprzyjemne podbiegi, a na dodatek niesprzyjający, przeciwny wiatr.

Po raz pierwszy Lubawa postanowiła zorganizować bieg na 10 km, który nazwano po prostu Lubawską Dychą. I... bardzo dobrze miasto wywiązało się ze swoich obowiązków. Na trasie był zraszacz, by orzeźwić ciało, punkt z wodą i, co najważniejsze, sporo kibiców dopingujących zawodników.

Na starcie zaś pojawiła się doborowa ekipa zawodników, wśród nich kilku takich, którzy regularnie pokonują 10 km poniżej 30 minut. A taki czas gwarantuje rywalizację o zwycięstwo w każdym biegu w Polsce, nie tylko w Lubawie. W imprezie wzięła udział także Wioletta Kryza, wielokrotna medalistka mistrzostw kraju w biegach długich, która na swoim koncie ma blisko trzydzieści zwycięstw w maratonach na całym świecie (m.in. w Bangkoku, Sacramento, czy w zakończonym dwa tygodnie temu Energa Maraton Solidarności w Gdańsku). Możliwość biegu z tak legendarną postacią, to wielki honor. W 1998 r. miałem zresztą zaszczyt przeprowadzić z panią Wiolettą wywiad dla „Gazety Wyborczej” (pracowałem wówczas w dziale sportowym) po jej czwartym z rzędu zwycięstwie w biegu maratońskim w Taipei. - Myślę, że recepta na sukces w tym maratonie to spokojny początek. Trzeba mierzyć siły na zamiary i rozpocząć bieg z umiarkowaną prędkością, tak by później, na finiszowych metrach, zachować świeżość. W tamtych warunkach - przy dużej wilgotności i upale, jest to bardzo ważne - mówiła.

Święte słowa, w Lubawie nie było 35 stopni w cieniu, ale jak dla mnie i dwadzieścia jeden było wyzwaniem. Na dodatek po raz kolejny zacząłem zbyt mocno na pierwszych kilometrach i później „mordowałem się” na trasie. Dobiegłem na 118 miejscu, czas słaby (46,50 min.), ale nie byłem w stanie dać z siebie więcej. Nie da się zresztą zrobić przyzwoitego wyniku biegając dwa razy w tygodniu, a nawał obowiązków nie pozwala mi obecnie na częstsze treningi. Do tego stres, za mało snu i w sumie cieszyłem się, że w ogóle udało mi się godnie dobiec do mety. Ba, na finiszu wyprzedziłem nawet jednego zawodnika, co zawsze cieszy, bez względu na to, czy dobiegasz pierwszy, czy 118. Całość okupiłem jednak naprawdę dużym wysiłkiem. Mam nadzieję pozbierać się w poniedziałek i wkróce zacząć organizować sobie czas na częstsze treningi (cztery-pięć razy w tygodniu). Inaczej nie mam czego szukać w Biegu Jakubowym. A olsztyński bieg na 15 km już za trzy tygodnie...

13:49, norbert.kaczan , Bieganie
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Jadę na Lubawską Dychę

Do udziału w tym biegu, który organizowany jest w niedzielę z okazji Dni Miasta, zgłosiło się ponad 240 zawodników. Szykuje się więc bardzo sympatyczna ekipa.

Czemu akurat Lubawa? Bo:

* jeszcze nigdy tam nie biegłem,

* nie ma wpisowego,

* jest blisko Olsztyna, co wpływa na obniżenie kosztów wyjazdu,

* 10 km jest adekwatnym obecnie dystansem dla mnie, osoby, która przez dwa wiosenne miesiące była wyłączona z treningów z powodu choroby. W tym roku już nie dla mnie półmaratony, czy maraton. Ale „dyszka”, jak najbardziej, powinienem podołać...

Kto ma ochotę pobiec lub dowiedzieć się czegoś więcej o imprezie w Lubawie, niech kliknie TUTAJ.

14:55, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Od biegania lepszy jest tylko...

... tu każdy może wpisać, co tam uważa ;) A to za sprawą tzw. endorfin szczęścia, które organizm produkuje podczas biegu. O tym jednak za chwilę.

W minionym tygodniu miałem okazję pobiegać zaledwie trzy razy - raz przez 25 minut, potem przez 35 minut i w sobotę wreszcie udało mi się zrobić porządne 80-minutowe wybieganie w Lesie Miejskim. Na tę ostatnią okoliczność trzeba jednak odrobinę się przygotować. Nie radzę latem biegać dłużej niż godzinę bez odpowiedniego zapasu "sportowych kalorii". To bezsensowne męczenie organizmu. Do mojego biegowego pasa przyczepiam zawsze bidon z napojem izotonicznym i żel energetyczny. 

Za każdym razem, gdy ruszam w trasę, organizm przyzwyczajony już do fizycznego wysiłku, produkuje (głównie w mózgu) wzmożone ilości endorfin, czyli najkrócej rzecz ujmując hormonów wywołujących doskonały, czasem wręcz euforyczny nastrój. Potem zdarza się to jeszcze w okolicach 30-35 minuty biegu, jak można przeczytać w specjalistycznych książkach.

Zanim jednak do tego doszło, spotkałem na swej leśnej drodze... młodą sarnę. Biegłem pod wiatr, więc zwierzę nie wyczuło mnie w pierwszej chwili. Dopiero, gdy byłem jakieś 30 metrów od rzeczonej sarny, ta spojrzała na mnie zaskoczona i niespiesznie wskoczyła w gęstwinę. Spotkałem ją raz jeszcze po dwustu metrach - na leśnej polanie. Musiała biec na tym odcinku razem ze mną, najwyraźniej przypatrując się z ciekawością, że jakiemuś człowiekowi chce się  hasać po lesie. Na polanie jednak chyba uznała, że nie jestem wystarczająco dobrym dla niej biegowym partnerem i w podskokach oddaliła się w leśne zakamarki.

Obserwując nieco rozbawiony poczynania młodej sarny naszły mnie dwie refleksje: primo - wdzięczność Stwórcy, że przyszło mi żyć na Warmii, gdzie tak po prostu można jeszcze spotkać dzikie zwierzę; secundo - to my, ludzie jesteśmy gośćmi w lesie, a nie odwrotnie.

Wracając do endorfin - na zegarku wybiła owa 35-minuta mojej biegowej podróży i jakoś tego "książkowego" kopa hormonów szczęścia tym razem nie doczekałem się. Poczułem jedynie, jak pas biegowy wrzyna się odrobinę w moje kości biodrowe. Refleksja ostatnia: Endorfinom czasem trzeba pomóc przez pozytywne myślenie, co przydaje się zresztą, jak sądzę, przy wielu innych okazjach. 


20:41, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 sierpnia 2011
Pobiegłem, by uczcić pamięć powstańców

Sobota, godz. 21, na ul. Konkwiktorskiej w Warszawie  ustawiło się blisko trzy tysiące biegaczy (wśród nich i ja), którzy chcieli wziąć udział w ważnym wydarzeniu. Nocny Bieg Powstania Warszawskiego to bowiem sportowy hołd ludziom, którzy 67 lat temu stawili czoło faszystom.

Zdjęcie za: maratonczyk.pl

Władze Warszawy tradycyjnie zaprosiły na start bohaterów z tamtych lat. A biegacze gromkimi brawami podziękowali im za odwagę i patriotyzm.

Potem jeszcze wysłuchaliśmy Roty i uczciliśmy minutą ciszy pamięć żołnierza, który właśnie zginął w Afganistanie. Na koniec wspólne odliczanie do startu i ruszamy...

Przede mną 10 kilometrów (chętni mogli pobiec też na 5 km) ulicami centrum Warszawy. Trasa bardzo ciekawa, bo związana z wydarzeniami z czasów wojny. Dodatkową atrakcją jest inscenizacja na trasie. Nie brakuje więc strzelających żołnierzy, efektownych akcentów pirotechnicznych i dźwiękowych. Warszawiacy jak zawsze licznie dopingują biegnących. Bo sportowa rywalizacja, mimo historycznej otoczki, jest jak najbardziej na poważnie. Słowem, trzeba tam być. To najciekawsza impreza lipca w tej części Polski.

Mimo tych wszystkich atutów, zamierzałem zrezygnować w tym roku z tego biegu. Ospa, którą wiosną ciężko przeszedłem, wyłączyła mnie z treningów w maju i częściowo w czerwcu. Dopiero w lipcu wróciłem do w miarę normalnych treningów. W miarę, bo sprawy prywatne utrudniają mi teraz regularne wybiegania. Na dodatek tydzień przed biegiem wybraliśmy się na żagle, a jak już pisałem, na łódce nie ma specjalnie okazji do trenowania. Myślę więc sobie, co ja tam będę robił przy tych wybieganych chartach. Jednak mój serdeczny druh - kapitan Jack „Żuczek” Sparrow, któremu tyle opowiadałem o tym biegu, koniecznie chciał wziąć w nim udział. I fajnie, że mnie namówił (choć o rekordzie życiowym w tej sytuacji zapomniałem na długo przed nałożeniem butów startowych), to był niezapomniany wieczór.

Dla porządku odnotuję, że wygrał Michał Kaczmarek z Aleksandrowa Łódzkiego (30 min, 10 sek.), a ja dobiegłem na 474 miejscu (45 min. 57 sek., o ponad minutę wolniej niż zazwyczaj).

10:18, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2011
Dookoła woda, a wysiadać szkoda...

Tydzień wolnego, więc pakuję sztormiak, śpiwór i znów wyruszam na mazurskie jeziora. Nawet wczasy zagraniczne nie dostarczają takich wrażeń, jak rejs z kapitanem "Żukiem" Sparrowem. Tym razem już pierwszego dnia musieliśmy uciekać na bezludną wyspę ratując się przed nawałnicą. Znaczy bezludna to ona może i jest na co dzień, ale tego środowego wieczoru trudno znaleźć było wolne miejsce, by gdzieś przycumować. Tyle innych jachtów zmuszonych było szukać schronienia. Gdy już się udało, kapitan co rusz wystawiał głowę spod pokładu, czy jeszcze jesteśmy przy brzegu, czy też może już na środku jeziora. Szalejący wiatr nie zerwał jednak cumy.

A i potem nie zabrakło wrażeń. Mikołajki już następnego dnia były o włos od powtórki białego szkwału sprzed lat. Bardziej doświadczeni żeglarze na wszelki wypadek poprosili mniej zaprawione w takich bojach niewiasty, by opuściły keję i schroniły się do okolicznych tawern. A sami obficie racząc się trunkami wszelkiej maści czekali, co się wydarzy. Na szczęście tylko porządnie postraszyło. 

W kolejnych dniach żeglowaliśmy zarówno w słońcu, jak i czasem w deszcz. Słowem, Mazury na całego. Przebojem zaś tegorocznego rejsu był poniższy utwór EKT Gdynia. Fantastyczny tekst.

 

A co z bieganiem? Miniony tydzień muszę uznać prawie za stracony. Prawie, bo choć na łajbie nie bardzo było gdzie potruchtać, to miałem za to okazję poćwiczyć tzw. siłę ciągając różne "sznurki". Oj, trudno było po powrocie wrócić do treningu. W poniedziałek jednak zrobiłem przepisową godzinkę na swojej trasie, a dziś czterdzieści minut. Jutro jeszcze dwudziestominutowy trucht o poranku i w sobotę wyjazd na Nocny Bieg Powstania Warszawskiego do stolicy (na 10 km). Kiepsko trochę moją formę widzę, ale okazja jest zacna. Trzeba oddać hołd walczącym w 1944 roku powstańcom. A poza tym biegaczom na trasie towarzyszą rekonstruktorzy, którzy przypominają, jak przed laty stolica zmagała się z okupantem. Widowisko historyczne na trasie biegu, to genialny pomysł.



wtorek, 19 lipca 2011
Uśmiech biegaczki - bezcenne

Nawał tzw. spraw priorytetowych prywatno-slużbowych sprawia, że mam problem z treningiem przygotowującym do wrześniowego maratonu w Warszawie. Choćby dziś, zamiast niezbędnego 105-minutowego wybiegania, miałem czas na zrobienie tylko 63-minutowego treningu. Jak tak dalej pójdzie, to albo zrezygnuję i wybiorę jakieś mniej obciążające organizm starty w tym jesiennym już miesiącu - choćby Bieg Jakubowy w Olsztynie na 15 km i tydzień później półmaraton w Iławie, albo zapiszę się na październikowy maraton w Poznaniu, zobaczymy.

A tymczasem, jak wspomniałem wybrałem się na godzinną rundkę po mieście. Po drodze jednak kolejna przykra niespodzianka. Już na drugim kilometrze zacząłem odczuwać dotkliwy ból w stopie. Do tego stopnia, że każdy krok sprawiał udrękę. Jeszcze trochę i musiałbym przejść do marszu. - Nie po to jednak z takim trudem wyrwałem się na godzinkę, by zawracać - pomyślałem. Prawdopodobnie za słabo się rozgrzałem, do tego przemęczenie i oto skutki. Postanowiłem zastosować trick biegowych wyjadaczy (na dłuższą metę nie polecam jednak, bo można zrobić sobie krzywdę), czyli rozbiegać ten ból. Dobrze, że mnie nie widzieliście. Z grymasem na twarzy, niczym mityczny maratończyk, robiłem krok za krokiem czekając (choć przecież biegłem) aż mi przejdzie. No i.... przeszło. Po kolejnym kilometrze organizm wszedł na właściwe obroty i bieg znów zaczął sprawiać frajdę.

Na mojej 11-kilometrowej pętli (Jaroty-Nagórki-ul. Sikorskiego-ul. Obrońców Tobruku-al. Warszawska-ul. Tuwima-Nagórki-Jaroty) spotkałem (w pewnych odstępach czasowych) dwie sympatyczne biegaczki, które nie oglądając się na brak towarzystwa (brawo!) samotnie robiły swoją trasę. Kiwnąłem Im z szacunkiem ręką w biegowym pozdrowieniu, a one w rewanżu obdarzyły mnie czarującym uśmiechem. - Ech, warto było pocierpieć - pomyślałem. 

 

Tagi: bieganie
23:23, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lipca 2011
Biegowy team

Odwiedził nas w niedzielę kapitan Jack Żuczek Sparrow, coraz bardziej zaangażowany w bieganie. Ba, sam mnie namawiał, żebyśmy wzięli udział 30 lipca w Biegu Powstania Warszawskiego na 10 km. Trochę marudziłem, bo na głowie mam teraz sprawy rodzinne, ale złamałem się. Nie miałem wyjścia, tym bardziej, że opowiadałem mu w ub. roku, jak barwna to impreza. Zastrzegłem tylko mu od razu, że trudno zrobić tam dobry wynik, bo na trasie są dwa duże podbiegi. Za to zabawa i okoliczność zacne.

Wybraliśmy się więc w trójkę na przebieżkę. Fajnie to wyglądało - trzy osoby w czarnych czapeczkach starają się żwawo człapać po chodniku na Jarotach. Żona, zgodnie z planem, zawróciła po 20 minutach, a my zrobiliśmy sobie jeszcze 40 minut. Dziś planujemy zrobić podobny jogging.

Tagi: bieganie
16:44, norbert.kaczan , Bieganie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
Chód sportowy w... Ikei

Nie udało mi się pobiegać w weekend, a miałem w programie 90-minutowy trening spalający tkankę tłuszczową. Musiałem jednak pojechać do w-wy w tzw. ważnych sprawach rodzinnych. W zamian wybrałem się m.in. na kilkugodzinny spacer po... Ikei. Ludzie, toż to prawdziwe mistrzostwa w chodzie sportowym. Tłumy zawodników, oznaczona trasa wyścigu, a nawet miejsce regeneracyjne dla wyczerpanych zmaganiami. Tylko na mecie zamiast medalu za włożony wysiłek dostaje się... paragon fiskalny z prośbą o uiszczenie należności. A potem już tylko zasłużony powrót do domu, gdzie...

Wolę jednak biegowe zawody :)

12:18, norbert.kaczan , Bieganie
Link Komentarze (1) »
środa, 29 czerwca 2011
Rozpoczynam przygotowania do maratonu

Pod koniec września Maraton Warszawski, czas więc sprofilować trening pod kątem tej najwazniejszej imprezy w roku.

To będzie mój drugi start na tym dystansie. W ub. roku przebiegłem 42 kilometry i 195 metrów w 4 godziny i 1 minutę. Cel na ten rok, to złamanie 4 godzin. Gdyby nie ospa w maju, to nie miałbym wątpliwości, że uda mi się pobiec szybciej. Teraz jednak jestem ostrożniejszy, choroba mocno mnie "przeczołgała".
Plan na ten tydzień: w poniedziałek 30 minut tempówek, wczoraj 25 minut truchtu. Dzisiaj przede mną godzinne wybieganie. A w kolejnych dniach jeszcze jedna porcja tempówek i dłuższe 90-100 minutowe wybieganie w lesie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16